Galleries > 3 Rivers AR - Nowy Dwór Mazowiecki (Poland) >  To the overview English
English
Polish (Polski)
 | Top 13 | Search | New window
3 Rivers AR - Nowy Dwór Mazowiecki (Poland)

2013.10






Po świetnym starcie na Leniach nastawiałem się bojowo na 3 Rzeki. Ale im bardziej zbliżała się godzina startu, tym bardziej czułem senność. W końcu na start podjechaliśmy samochodem, korzystając z uprzejmości Teamu 360.

Zaczęło się od bardzo krótkiego etapu BnO po mieście. Z braku mocy postanowiłem się pobawić w profesjonalnego nawigatora: pozwoliłem biegać Piotrkowi, a sam tylko truchtałem z nosem w mapie. Efekt wyszedł bardzo dobry, na przepak dotarliśmy w ścisłej czołówce, zaraz po Salewie. Dalej rolki, na których zaczęły się pierwsze błędy. Zgodnie z upodobaniem do wybierania wariantów, na których można mało zyskać a dużo stracić, spróbowaliśmy zejść na skróty do kajaków, co skończyło się wielką pętlą i powrotem do punktu wyjścia. Na dodatek tuż przed przepakiem Piotrek zaliczył pechową przewrotkę i mocno kontuzjował rękę.

Etap kajakowy zaczęliśmy od żwawego napierania szlakiem najpierw w dół rzeki, a potem z powrotem w górę. Dopiero po dłuższej chwili złapałem, że rzeka jest o dwa metry w bok: bezszelestnie płynie u stóp urwiska. Piotrek jakoś opuścił i zwodował kajak, ja nie bardzo mogłem się utrzymać na skarpie nawet bez kajaka.

Wreszcie w kajaku, wreszcie uspokojenie emocji (przelot do PK8 był banalny nawigacyjnie), wreszcie zauważyłem piękną rozgwieżdżoną noc, ciszę urozmaiconą tylko stłumionymi głosami załóg. Dopływając do Narwi zarejestrowaliśmy wielką kolorową barkę na drugim brzegu, na którą mieliśmy się potem kierować. Dopłynęliśmy w okolice punktu w starorzeczu, ale na powalonym drzewie nie zauważyliśmy punktu. Przepłynęliśmy dalej, aby nabrać pewności, że za daleko. Powrót, opłynięcie cypla i poszukiwania drzewa z drugiej strony także były bezskuteczne. W tym czasie dopłynęły najpierw dziewczyny z Teamu 360, potem wiele innych ekip. W końcu ktoś zadzwonił do organizatora i okazało się, że inni także zgłaszali już brak punktu – można płynąć dalej.

Na Narwi małe zaskoczenie – gdzieś zginęła barka. Za to pojawiła się mgła. Na PK9 spotkaliśmy zespół z zatopionego kajaka. Dopłynęli tutaj mając w kajaki wodę po pas. Od razu lepiej się poczułem, u nas było tylko kilka centymetrów.

PK10 znowu zniknął, znowu straciliśmy czas zamiast od razu zadzwonić do organizatora. Za to wynurzający się z mgły spichlerz, z ogromnymi rzeźbami nad portalami, widziany z żabiej perspektywy, zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Kolejny punkt miał być na krzaku na Wiśle. Gdybym pamiętał o powiększeniach na mapie, pewnie nie miałbym wątpliwości, a tak pozostało zdanie się na to, że inni zawodnicy dobrze naprowadzą nas na punkt. Na szczęście udało się, ale niepewne zaliczenie a wcześniej braki punktów oraz wywrotka nie najlepiej podziałały na moje morale. Mgła gęstniała a ja czułem, że odpływam.

Kojarzę most na trasie szybkiego ruchu: przęsła ginęły w chmurach, z góry dochodził ryk pędzących tirów, całość sprawiała wrażenie wytworu jakiejś innej cywilizacji. Niedaleko wielkie drzewo wyrwane z korzeniami i leżące gdzieś na środku nurtu Wisły. Potem długi, bardzo długi odcinek, gdy widzieliśmy tylko prawy albo tylko lewy brzeg, albo żadnego. Dziwna siła sprawiała, że płynęliśmy zygzakiem. Od czasu do czasu brzeg wydawał mi się mielizną, cieniem gdzieś pod wodą. Innymi chwilami pojedyncze światełka lewitowały zdecydowanie wyżej, niż wydawało mi się, że leży horyzont.

Punktem orientacyjnym miały być światła Zakroczymia, ale płynęliśmy już długie godziny, a żadnych latarni nie było. Pojawiły się za to światełka czołówek, czeszące okoliczne mielizny i wyspy. Kawałek dalej jakiś kajak płynął w naszą stronę – w każdym razie tak świeciły czołówki. Nie byłem pewny, czy to my, czy oni płynęli pod prąd. Wynikająca z instynktu stadnego myśl, aby się zatrzymać i przeczesać jakąś wyspę, stawała się coraz bardziej atrakcyjna. Na szczęście udało się jej oprzeć, a kawałek dalej pojawiły się światła miasteczka.

Kawałek przed PK10 na brzegu stał jakiś pojazd przykryty kamuflażem ochronnym. Wojsko? Nie, chyba nie ma czołgów wielkości malucha. Organizator? Za wcześnie. Wędkarze? Maskują się przed rybami?

Zaliczenie PK10 przeczekałem w kajaku, rozgrzewając się intensywnymi drgawkami. Po PK11 kończyła się mapa, ale pamiętałem, że meta ma być przy przeprawie po lewej stronie. Zaczynał się dzień, można było podziwiać ptactwo, podwodne łachy, wzbudzone bystrza albo gładką, szybko poruszającą się taflę, tylko lekko zmarszczoną ogromnymi wirami. Najczęściej jednak płynęło się po jakby jeziorze, z falą i ledwo widocznym brzegiem. To jezioro było nieskończone, płynęliśmy tracąc nadzieję, że kiedykolwiek dopłyniemy dokądkolwiek. Bez mapy zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem i czy czasem nie minęliśmy już mety. Jakie będzie najbliższe miasto? Płock? Czy da się przepłynąć obok nie zauważając go? A potem? Toruń? Piotrek chyba miał podobne myśli, bo w pewnym momencie stwierdził, że jeśli dopłyniemy do tamy we Włocławku, to już nie wracamy, wycofujemy się.

Wreszcie koniec kajaka! Ognisko, herbata i krótka przebieżka z GPSem na rozgrzewkę, a potem rower. Koniec mgły, wiosłowania, ciemności i zimna. Wróciła moc! Niestety z Piotrka ręką było bardzo źle. Nie mógł w ogóle trzymać nią kierownicy. Po odcinku bagienno-piaszczystym wybieramy już tylko asfalty, z urozmaiceniem tylko na piękne górki przy jednym z punktów i błądzenie przy innym.

Radioorientacja, eksploracja bunkra i prawie bezścieżkowe BnO w lesie – rewelacja. A na koniec wisienka na torcie, czyli twierdza Modlin, a w niej prawdziwie górskie BnO. Po połowie trasy i nie wiem ilu pionowych podbiegach nie miałem już siły biec, resztę pokonaliśmy pieszo. Na koniec okazało się, że twierdza nie chce nas wypuścić: przejście tunelami było zamknięte, a kolejne najlepsze alternatywy obejścia okazywały się ogrodzone kratami. Jakoś jednak wydostaliśmy się do rowerów i jeszcze przed zmrokiem stawiliśmy się na mecie. Z czasem – jak za starych dobrych czasów – o połowę gorszym niż zwycięzcy. Ale w końcu wygrali Mistrzowie Europy, więc nie boli.

Podsumowując, świetny rajd. Przed startem miałem nadzieję na piękny, widokowy etap kajakowy po Królowej Polskich Rzek, ale po odespaniu myślę, że wtedy nie byłoby tam takich odlotów. Dawno nie byłem w Puszczy Kampinoskiej i nie pamiętałem już, że tam jest tak ładnie, szczególnie jesienią. A poznawanie Twierdzy przez BnO to najlepsza metoda. W żadnym wariancie turystycznym nie odkryłbym takiego zagęszczenia chaosu murów, wałów, fos, bunkrów i tuneli.





Wszystkie zdjęcia: Piotr Dymus

Mapy z przebiegiem: tutaj







Comments (0)
© Dariusz Bogumił ( dbogumil (@) to_nie_ten_adres. )
Tip: On the small navigation in the left upper corner you can directly jump to all the parent levels.
Visits: Total:0 Today:383powered by TWG 1.6.2 Help
30 days history